Już od najmłodszych lat interesowałem się historią oraz dziedzinami z historią związanymi, szczególnie numizmatyką i archeologią.
Tworząc kolekcję monet marzyłem również o tym by stworzyć zbiór artefaktów z czasów najdawniejszych – np. z okresu neolitu, mezolitu lub paleolitu. Wiedziałem w jaki sposób działają archeolodzy profesjonalni, jak odkrywają i pozyskują swoje znaleziska. Wydawało mi się, że jako amator – turysta jestem bez szans.
Po dokładniejszych przemyśleniach doszedłem jednak do wniosku, że tak beznadziejnie nie jest! Jednym z podstawowych materiałów używanym przez praczłowieka przez wiele tysięcy lat był krzemień, odporny na działanie warunków atmosferycznych. Wyrabiano z niego np. elementy uzbrojenia ( ostrza strzał ) oraz narzędzia.
Można przyjąć, że powierzchnia naszego kraju kryje miliony przedmiotów z krzemienia – zgubionych, uszkodzonych i wyrzuconych, ostrzy strzał, które nie doszły do celu itp. Większość tych przedmiotów znajduje się pod powierzchnią ziemi lub pod wodą. Wiele zostało zniszczonych w czasie prac budowlanych i ziemnych. Część jednak można znaleźć, ponieważ trafiły np. na grunt piaszczysty, który zachował się w stanie prawie niezmienionym od tysiącleci. Gdzie jednak takie miejsca znaleźć?
Odpowiedź jest prosta! Tam gdzie praludzie obozowali i zdobywali pożywienie, a więc głównie wzdłuż brzegów jezior i rzek! W czasie poszukiwań należy jeszcze uwzględnić fakt, że w Polsce na przestrzeni ostatnich tysiącleci poziom wód nawierzchniowych obniżył się średnio o kilka metrów. Należy więc wyobrazić sobie przebieg ówczesnych linii brzegowych. Szukając miejsc gdzie mogli aktywnie przebywać praludzie należy dodatkowo brać pod uwagę szereg innych warunków m.in. ich bezpieczeństwo. Bardzo przydatne okazuje się też w praktyce tzw. „wyczucie”.
Kierując się wyżej omówionymi założeniami, udało się naszej „ rodzince” znaleźć w czasie turystycznych wędrówek kilkanaście krzemiennych artefaktów, które nosiły ślady obróbki dokonanej ręką człowieka. Najciekawsze odkrycie zdarzyło się nam w pewien słoneczny październikowy dzień 1979 roku. Przyjechaliśmy tego dnia nad południowy kraniec jeziora w Borównie. Po rozejrzeniu się postanowiliśmy sprawdzić dokąd doprowadzi nas niepozorna ścieżka prowadząca w głąb lasu, w kierunku południowym od jeziora. Równolegle do ścieżki, po obu jej stronach widać było mokradła. Po przejściu około 200m doszliśmy do dużego stawu. Po lewej stronie ścieżki za krzakami zauważyliśmy piaszczyste pole dochodzące do stawu. Analizując ukształtowanie terenu łatwo doszliśmy do wniosku, ze to pole świetnie nadawało się do założenia obozu. Pole miało powierzchnię kilkuset m2 i było przygotowane przez leśników do zalesienia. Ponieważ leśniczy przeorali to miejsce mogliśmy zobaczyć co kryła ziemia tuz pod powierzchnią! Ku naszej wielkiej radości – całe pole było pokryte setkami krzemiennych elementów! Po sprawdzeniu okazało się, ze w większości były to odłupki, czyli odpady powstające przy obróbce krzemienia! A więc było to rzeczywiście obozowisko zasiedlone przez praczłowieka! Po dokładnym przejrzeniu, wśród odłupków znaleźliśmy kilka ostrzy do strzał. ( Il. 1 )

W następnych dniach nawiązałem kontakt z archeologami z naszego muzeum, którzy powiedzieli, że istnienie obozowisk wokół jeziora w Borównie odkryli już wcześniej, ale o naszym nie wiedzieli. Poprosili o naniesienie pozycji naszego znaleziska na bardzo dokładnej mapie. Oświadczyli, że głównie interesuje ich znalezienie cmentarzyska.
Na podstawie zebranych informacji można przypuszczać, że odkryte przez nas obozowisko zamieszkiwała ludność kultury świderskiej ( późny paleolit ), która rozwinęła i rozprzestrzeniła się na terenie Polski w latach między 10600 a 9600 p.n.Ch.. Nazwę swoją wzięła od miejscowości Świdry Wielkie na Mazowszu gdzie została po raz pierwszy odkryta i opracowana.
W czasie przeszukiwania obozowiska zauważyliśmy, że w ziemi znajduje się duża ilość m.in. nadpalonych lub zwęglonych fragmentów kości. Sądziliśmy, ze skoro bytowali tu ludzie to musieli rozpalać ogniska i stąd dużo zwęglonych resztek np. spożywanych potraw. Niestety rzeczywistość okazała się okrutna. Gdy zakończyliśmy penetrację obozowiska postanowiliśmy zajrzeć za gęste krzaki i chaszcze ograniczające teren obozowiska od wschodu. Okazało się, ze było tam oczko wodne i pomnik! Pomnik w krzakach bez oznakowanego dojścia!?
Na pomniku umieszczono tablicę z napisem tej treści ( Il 2 ):
W tym miejscu w roku 1944 okupant hitlerowski spalił zwłoki 902 ofiar zamordowanych w roku 1940 na polach majątku Augustowo.
Cześć ich pamięci!

Przypomniałem sobie opowiadania mojego ojca, aresztowanego w październiku 1939 roku przez Niemców. Po przesłuchaniach został internowany w koszarach przy ulicy Artyleryjskiej w Bydgoszczy. Przetrzymywano tam setki mieszkańców Bydgoszczy i okolic. Ojciec opowiadał o częstych ” selekcjach” przeprowadzanych przez Niemców. W wyniku selekcji zazwyczaj część mężczyzn kierowano na ciężarówki, część zatrzymywano w koszarach, a część zwalniano. Ciężarówki wyjeżdżały ul. Gdańską poza Bydgoszcz, przypuszczalnie do Augustowa. Szczątki wywiezionych, a następnie zamordowanych osób znaleźliśmy na terenie obozowiska. Świadomość tego była daleka od radosnej.
Miejsca, które opisuję wyglądają dzisiaj zupełnie inaczej. Poziom wody w jeziorze obniżył się od 1979 roku o około 1,5 m. Wyschły mokradła i oczka wodne. Po dużym i głębokim stawie pozostało trochę wilgotnej ziemi na dnie. Na terenie obozowiska rośnie 40-letni las. I tylko ja wiem co jeszcze pozostało w tym lesie pod powierzchnią ziemi!
Zwiedzając te miejsca nie należy mylić pomnika znajdującego się w głębi lasu z tablicami umieszczonymi na blokach ustawionych na brzegu jeziora – to dwa różne obiekty!
Jak ocenić naszą przygodę? Najpierw przeżyliśmy chwilę radości niedzielnych archeologów amatorów, a następnie oburzenie, złość? Pozostała zaduma nad historią tego miejsca….!